Narodziny radia

Kolekcje

Mała skrzyneczka, a wiele może. Przenosi głos przez oceany, rejestruje koncerty i przemowy polityków. Ba, nawet na żywo relacjonuje atak kosmitów na Ziemię. Prawdziwy kuglarz masowej wyobraźni.

Pierwszym odbiornikiem radiowym był w pewnym sensie... wykrywacz piorunów. Urządzenie, które rejestrowało fale z wyładowań elektrostatycznych, zbudował rosyjski fizyk Aleksander Popow. Zachęcony sukcesem, główkował dalej i wymyślił „telegraf bez drutu” (nie tylko odbiornik, ale i nadajnik).

Jego działanie zaprezentował w 1897 roku, nawiązując łączność między wyspą Hogland w Zatoce Fińskiej a pancernikiem „Admirał Apraskin”. W eter popłynęły słowa „Heinrich Hertz” nadane alfabetem Morse'a. Niestety, nawet świadkowie zdarzenia uznali, że to zasługa mocy nieczystych, a i pozostali mieszkańcy wyspy zarzekali się, że żadnych fal ani nie widzieli, ani nie słyszeli.

Na domiar złego patent zgłosił włoski konkurent Popowa – Guglielmo Marconi, z którym z kolei przez 43 lata, do samej śmierci, procesował się kolejny wynalazca, Nikola Tesla. Ale to Włoch dostał Nobla, i to on wśród aplauzu tłumów „nadawał” z dachu Poczty Głównej w Londynie. Potem nawiązał połączenie radiowe przez kanał La Manche, a w 1901 roku głos popłynął przez Altantyk.

Zalety wynalazku dostrzegło wojsko, przydawał się też w komunikacji morskiej. Gawiedź w gadającej skrzynce widziała jedynie sensację. Trzeba było jeszcze 18 lat do uruchomienia pierwszej rozgłośni w Pittsburghu w USA. Na początku radio uważano za kosztowne hobby. Z czasem ceny spadały, ale i tak w 1938 roku za polskiego Elektrita średniej klasy trzeba było zapłacić 200 zł (krowa kosztowała 180 zł, a para butów – 20 zł)! Nowe medium wykorzystali politycy i spece od propagandy.

– Bez samochodów, filmów dźwiękowych i radia nie byłoby zwycięstwa narodowego socjalizmu – grzmiał Adolf Hitler. Jego zwolennicy kupili 12,5 miliona odbiorników z ograniczoną do minimum estetyką, dużym głośnikiem i swastyką. Radia Narodu zaprojektował architekt Walter Maria Kersting.

Z kolei Orson Welles pokazał, że radio może manipulować ludźmi. Kiedy CBS wyemitowała w Halloween 1938 roku słuchowisko „Wojna światów”, tysiące mieszkańców New Jersey w panice opuściło domy, wierząc, że Ziemię atakują Marsjanie.

Nocna rozpusta

W Polsce pierwsza audycja została nadana dla niewielkiego grona entuzjastów – członków Stowarzyszenia Radiotechników Polskich, studentów Politechniki Warszawskiej i fanów nowinek. Było to 1 lutego 1925 roku, wtedy jeszcze pod Warszawą, na ulicy Narbutta 25 (dziś Mokotów).

Najpierw audycje trwały dwie godziny na dobę, ale szybko wydłużono je do pięciu. Radiofonizacja kraju wystartowała z kopyta. Wiosną następnego roku odbiorniki nadają już cały dzień. Wanda Tatarkiewiczówna, popularna „mamusia radiowa”, przygotowuje programy dla dzieci. Krzysztof Eydzietowicz prowadzi rozmowy ze słuchaczami, ksiądz Michał Rękas inicjuje akcję „radio dla chorych”.

Pojawiają się transmisje z konkursów hippicznych, opery, dożynek, są odczyty historyczne, wreszcie powieść radiowa „Dni powszechne Państwa Kowalskich”. To wszystko pośród trzasków i zanikania dźwięku. Zainteresowaniem cieszy się program Wacława Frenkiela „Skrzynka techniczna”, w którym objaśnia tajemnice radia.

Sytuację poprawia powstanie radiostacji na obszarze dawnych fortów Mokotowa. Mało tego, radia można słuchać w nocy. Nie podoba się to bogobojnym obywatelom, którzy głośno protestują przeciwko rozpuście! Wieże nadawcze wyrastają w Krakowie, Katowicach i Poznaniu, potem w Wilnie, Lwowie, Łodzi i Toruniu. Wreszcie jedna z największych na świecie – w Raszynie pod Warszawą.

Skrzynka dla każdego

Radio było zazwyczaj pierwszym urządzeniem elektronicznym w domu i przez kilkadziesiąt lat jedynym! Produkowały je Polskie Zakłady Radiotechniczne. Na potentata wyrósł jednak wileński Elektrit. Początkowo był to sklep przy Wileńskiej 24, gdzie sprzęt naprawiano, a także montowano z zagranicznych części.

Kiedy w 1928 roku ruszyła rozgłośnia Polskiego Radia w Wilnie, przeżywał oblężenie. Potem wybudowano fabrykę z laboratorium, stolarnią, nawet elektrownią. Zatrudniała 1100 pracowników, produkowała 54 tysiące odbiorników. Radia trafiały do Indii, Afryki Południowej i na Bliski Wschód.

Oprócz tego działało kilku większych producentów: Capello w Wełnowcu, Kenotron i Natawis w Warszawie czy Dublessefon w Katowicach. Do tego małe manufaktury. Siedziby miały też u nas międzynarodowe koncerny – Philips, Telefunken i Marconi. Philips zadomowił się w Polsce od 1930 roku, kiedy otworzył „hutę szklaną dla produkcji baloników do lamp oświetleniowych i radiowych”. Jak ważne to było wydarzenie, świadczyła ranga gości przecinających wstęgę: prezydent Ignacy Mościcki i dr Anton Philips, dyrektor generalny koncernu.

Piękno kryształu

Najprostszy odbiornik – detefon działał „na kryształ”. Schematy drukowała prasa hobbystyczna, zachęcając do samodzielnego złożenia. Sercem urządzenia był kryształ – detektor, który wykrywał sygnał i zamieniał w dźwięk. Z czasem się jednak zużywał. Kiedy w 1935 roku pod Łowiczem spadł deszcz meteorytów i ktoś zauważył w nich zielone kryształy, chłopi rzucili się rozbijać cenne kamienie!

Niestety do niczego się nie nadawały. Zaletą detektora była niezależność od źródeł zasilania – pamiętajmy, że mało kto miał wtedy prąd – i przystępna cena, 39 złotych. Wadą – możliwość odbierania tylko fal średnich, bardzo cicho i przez słuchawki. Z powodu tych niedogodności słuchacze płacili połowę abonamentu. Wynalazca detefonu, 23-letni Wilhelm Rotkiewicz, nie spodziewał się, że jego pomysł pomoże zradiofonizować kraj na taką skalę, jak nigdzie na świecie. Zresztą wiele lat później wymyślił dla zakładów Diora pierwsze uniwersalne radio Pionier.

Bardziej skomplikowaną maszyną był Elektrit Superior z trzema lampami. Nie dość, że odbierał fale średnie, długie i krótkie, mógł pracować też jako wzmacniacz do gramofonu. Podobnie działał Elektrit Opera. Ale tutaj za wysoką cenę radiosłuchacz dostawał w pakiecie dwa głośniki, mógł regulować barwę tonu, eliminować szumy i trzaski. Skrzynka była precyzyjniej wykonana i miała piękne pokrętła.

O tym, z jakim radiem mamy do czynienia, przeczytamy w „akcie urodzenia” umieszczonym na tylnej osłonce. Na przykład Natawisy z 1935 roku mogą mieć kod: GZ123. G oznacza, że aparat ma wbudowany głośnik, Z – że jest na prąd zmienny, 1 – ilość obwodów, 2 – liczbę lamp, 3 – to wersja aparatu.

Przemycane tranzystory

Pod koniec lat czterdziestych każdy nowoczesny Polak żądny wieści ze świata miał radio Mińsk. Jeśli uważnie popatrzymy na skrzynkę, skalę, pokrętła, zobaczymy, jak bardzo przypomina ostatni model Elektrita produkowany przed wojną. Otóż po zajęciu Wilna Rosjanie przejęli fabrykę i przetransportowali ją do Mińska, gdzie uruchomili Zakłady Radiowe im. Mołotowa.

Od 1947 roku ruszyła produkcja fabryk Dior, Eltra i ZRK. I na te radioodbiorniki byliśmy skazani przez kolejne pół wieku. Z zagranicy przemycano natomiast tranzystory. To pomysł amerykanina Williama Bradforda Shockley’a – fizyka, noblisty, postaci kontrowersyjnej (zwolennik faszyzmu i eugeniki). Genialne przenośne urządzenie w kilka lat opanowało świat. Dziś radio przegrywa z telewizją, kinem czy internetem. Ale stare odbiorniki mają w sobie to „coś”, dlatego ciągle fascynują.

EKSPERT RADZI

Paweł Rzochowski,

specjalista do spraw radiofonii w Muzeum Techniki w Warszawie

Największą popularnością wśród rodzimych kolekcjonerów cieszą się polskie radia sprzed II wojny światowej. Kupić je można na Allegro czy na starociach (warszawskie Koło, Bronisze, Jarmark Dominikański). Kolekcjonerzy „pozbywają się” niektórych eksponatów, by wymienić je na inne. Doskonałym źródłem informacji jest zrzeszający miłośników radioodbiorników retro klub Trioda (www.trioda.pl).

Cena zabytkowego radia zależy od kilku rzeczy. Ważny jest wytwórca i unikatowość okazu, na przykład za bardzo rzadkiego Komandora firmy Elektrit zapłacimy nawet 5,5 tys. zł. Zwracamy też uwagę na stan sprzętu. Liczą się oryginalne części, niezniszczone lampy, czytelna skala, tak zwana tylna osłonka z danymi producenta. Odbiornik w złym stanie kosztuje kilkaset złotych, ale czeka nas renowacja. Drewnianą skrzynką zajmą się fachowcy od mebli, natomiast naprawą środka tylko pasjonaci-kolekcjonerzy.

Przy kompletowaniu kolekcji ważna jest też subiektywna ocena. Zwracamy uwagę na to, jak radio wygląda i czy nam się po prostu podoba. Ja lubię odbiornik Electric Automatic, bo miało nowatorskie jak na owe czasy rozwiązania technologiczne, które dawały świetną jakość dźwięku.


Tekst: Beata Woźniak
Fotografie: dzięki uprzejmości Muzeum Techniki w Warszawie, fotografie z kolekcji Henryka Berezowskiego/fot. Rafał Celiński, Forum, Agencja Piękna, Free, Flash Press Media
Wykorzystano: „Skąd my to mamy” Marii Ziółkowskiej, Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, Warszawa 1997; strony www.historiaradia.neostrada.pl

reklama