Czasem jedna książka potrafi zaważyć na całym życiu. W przypadku Christiana Lacroix o stylu jego ubrań i wnętrz zadecydowała... bajka dla dzieci.
Gdy miał pięć lat, dostał od mamy opowieść o chłopcu, który zaprzyjaźnił się z niedźwiedziami. – Najbardziej lubiłem oglądać ilustracje z chaty niedźwiedzi: podobały mi się dywany w kwiaty, meble obite żakardami, posrebrzane serwisy i całe mnóstwo porcelanowych bibelotów – wspomina Lacroix. Sam wychował się w domu, który był przeciwieństwem tego z bajki. – Architektura typowa dla francuskiego Arles. Wysokie, puste ściany pomalowane wapnem, stare belkowanie na suficie, wiecznie zamknięte okiennice, zero dekoracji. Pachniało wilgocią i ziołami – opowiada. Wolał chatę niedźwiedzi.
Z czasem dziecięcą bajkę zastąpiły teatr, opera i balet. Uwiodły go barokowe scenografie i kostiumy. – Pochodziłem z zamożnej rodziny, dopieszczano mnie i nie pozwalano się przemęczać. Nudziłem się jak mops, libretta i muzyka stały się moimi najbliższymi towarzyszami. Pierwszą miłością nie była jakaś tam aktoreczka, tylko postać Carmen z opery Bizeta – wspomina Christian. Dziś jego stroje i wnętrza krytycy najchętniej określają przymiotnikiem: barokowe.
„Ukochany symbol Christiana Lacroix: serce. Ukochany kolor: czerwień – identyczna jak peleryna torreadora, krew albo kobiece zawstydzenie” – pisała jedna z modowych gazet. I pomyśleć, że ten wielki francuski projektant mody i twórca perfum marzył jako chłopak o pracy w muzeum, tak fascynowała go historia i sztuka. Na szczęście dla świata mody, los postanowił inaczej.
Ktoś na Sorbonie, gdzie studiował, zobaczył, jak szkicuje buty i zachęcił do rozwijania talentu. W 1978 roku Christian został asystentem słynnego Thierry’ego Hermesa, a trzy lata później dostał pracę w domu mody Jeana Patou (jako pierwszy lansował kobiece stroje do gry w golfa i tenisa). Lacroix postawił na przepych, luksus, haute couture – zarówno jeśli chodzi o ubrania, jak i wnętrza.
Dom powinien nieustannie się zmieniać, podążać w różnych kierunkach – mówi Lacroix. Dlatego, projektując tkaniny i dywany, często sięga po coś więcej niż tylko barokowe motywy. – Urodziłem się nad Morzem Śródziemnym, gdzie nadal wierzy się w czary i szanuje przodków. W kraju, w którym XVII-wieczne domy sąsiadują z loftami, renesansowe zabytki z awangardowymi galeriami. To dało mi pewność, że wszystko można ze sobą mieszać. Krążę więc od lat między tym, co naturalne i sztuczne, święte i świeckie.
Raz chciałbym żyć w świecie z obrazów Gustave’a Moreau, kiedy indziej w „Idealnym pałacu” Facteura Chevala – opowiada. Więc łączy style (rokoko z etnicznym), miesza materiały (patchwork z futrem i koronką). Ostatnio, przygotowując kolekcję tkanin dla firmy Sicis, inspiracje czerpał z bizantyjskich mozaik w Rawennie. Gdy go zapytać, skąd ta miłość do eklektyzmu, odpowiada: – Zrobię wszystko, by się nie nudzić.
Faktycznie, nie może na nią narzekać: w roku 2000 urządził wnętrza ośmiu wagonów nowej linii TGV, a cztery lata później przygotował dla Madonny garderobę na jej tournée. I tylko ostatnio coraz częściej przebąkuje o tym, że czas uspokoić emocje: – Więcej subtelności, mniej ekspresji, światło naftowej lampy zamiast scenicznych reflektorów, słowo – nie powieść, flirt – nie seks. Patrząc na fotele dla Sicis, szczerze wątpię w te postanowienia.
TEKST: Monika Utnik-Strugała
FOTOGRAFIE: Decodore, Sicis