Henryk Musiałowicz kocha kolor czerwony. Otacza się nim od stóp do głów. Może dlatego ten 98-letni malarz ma tyle energii, a pasją do pracy bije na głowę swoje wnuki.
Czerwone ma ubrania, ogniste odcienie migają w projektowanych przez niego rzeźbach. Purpurowo błyszczą kwiaty w ogrodzie, poduszki i koce w domu, a także detale, od naczyń zaczynając, na notesach kończąc. Właściwie wszędzie znajdziemy ten kolor, który specjaliści od medycyny niekonwencjonalnej i chromoterapii uważają za najbardziej ze wszystkich pobudzający i rozgrzewający. Ale tu jest wyjątkowo umiejętnie dawkowany – by pomagał, a nie przeszkadzał.
W salonie czerwień pojawia się na „szacie” fotela przy starym kominku zaprojektowanym przez artystę. To pan Henryk wpadł na pomysł, by ozdobić go okrągłymi kolumnami i ulepił je z gliny. Codzienny rytuał rozniecania ognia należy do żony Anieli, jednak to on zawsze przed posiłkiem zapala stojącą na kominku świecę. Taka tradycja, którą uwielbiają.
Co prawda, gdy przychodzi jesień i w domu robi się chłodno, trzeba zakładać grube swetry i polary (oczywiście czerwone), bo nigdy nie zgodziliby się na wstawienie w miejsce kominka kozy. Dałaby znacznie więcej ciepła, ale bez widoku płomieni. A w tym domu liczą się forma i piękne przedmioty. Dlatego sami zaprojektowali większość mebli, m.in. sofy, stół w salonie, meble kuchenne, część drzwi, framugi i karnisze. Kafle wykorzystane do budowy węglowego pieca pan Henryk malował własnoręcznie, więc można powiedzieć, że są małymi dziełami sztuki.
Podobnie jest z całym domem – już zewnętrzne ściany nie pozostawiają wątpliwości, że mieszka tu artysta. Stara drewniana chałupa to teraz połączenie kurpiowskiej tradycji dekorowania z wizją gospodarza. Malowana fasada to jego znak rozpoznawczy – szaro-biało-czarne wzory pojawiły się także na dobudowanej pracowni, w której spędza niemal każdą chwilę. Z wieży na pierwszym piętrze rozpościera się wspaniały widok na okoliczne łąki, pola i las, ale Henryk Musiałowicz i tak najbardziej lubi obserwować zachody słońca z przytulnej, zadaszonej werandy. Śmieje się, że jest tam jak w kinie i że piękniejszego przedstawienia nie można sobie wymarzyć. Podobnego zdania jest rudy kocur, który przesiaduje z nimi co wieczór, wygrzewając się na kolanach pani domu. Ten scenariusz powtarza się każdego dnia przez pół roku, gdy mieszkają na wsi, nawet kiedy robi się już bardzo zimno. Wtedy przykrywają się czerwonymi, a jakże, kocami i piją domowej roboty nalewki.
Każdy, kto przyjedzie do Musiałowiczów, mówi, że jest tam jak w bajce. To zasługa nie tylko domu, ale także wyjątkowego ogrodu zaprojektowanego przez panią Anielę, w którym kwiaty kwitną od wiosny do późnej jesieni. Jednak nie tylko one są jego ozdobą. Zachwyca kobierzec z rozchodników i macierzanki. Krzaczki przesadzał z lasu pan Henryk i czule do nich przemawiał, żeby się przyjęły. Wciąż rozmawia z roślinami, spacerując codziennie przed śniadaniem.
We wszystkim dostrzega piękno. Tak było z kamieniami znajdowanymi na okolicznych polach. Najpierw sam brukował nimi teren okalający dom, a potem turlał coraz większe okazy do ogrodu i ustawiał w nieprzypadkowych miejscach, traktując jak rzeźby. Fascynacja głazami była tak duża, że wnuczka, zapytana dwadzieścia parę lat temu o to, kim jest dziadek, odpowiedziała: brukarzem! To dzięki zamiłowaniu do zbierania porzuconych przez morenę pamiątek powstał tron, czyli kamienny fotel w ogrodzie, ulubiony „mebel” gości. Zresztą i sam artysta przesiaduje tam w ciepłe dni i podziwia przyrodę, choć niezbyt długo, bo zawsze ma coś do zrobienia. Jak sam mówi, żaden obraz nie jest nigdy skończony, a pomysłów ma tyle, że starczyłoby na kolejne 98 lat.
Książki o staropolskiej i wiejskiej architekturze, które pan Henryk czyta od deski do deski, sprawiły, że dom wygląda inaczej niż okoliczne chałupy – kolumny przy wejściach oparte są nie na ziemi, ale na ogromnych kamieniach. Dziś takie architektoniczne smaczki znajdziecie jedynie w skansenie. A ogrodzenie bardziej niż klasyczny płot przypomina warowną palisadę. To właśnie takie akcenty sprawiają, że u Musiałowiczów jest czarodziejsko.
Tekst: Marta Jankowska
Stylizacja: Jola Musiałowicz
Fotografie: Jacek Kucharczyk
Nr 5 (113/2012)