Co robić, skoro ludzie są tak strasznie obrzeźbieni? – zastanawiała się Anna Dębska. Wtedy jej profesor powiedział: „To rób zwierzęta”.
Do domu Anny Dębskiej niełatwo trafić. Najpierw porządna dwupasmówka, potem boczna droga, wreszcie wyłożona betonową kostką dróżka wiodąca przez sosnowy las. Dalej już tylko znaczony śladami opon piaszczysty trakt. Kto wie, czego szuka, będzie się pilnie rozglądał i w końcu zobaczy stojący w lesie drewniany dom. A wkoło niego rzeźby zwierząt. Tu małe stadko jeleni (pod nimi rosną najdorodniejsze grzyby – śmieje się artystka), dalej klacz ze źrebakiem (ogier Samson – całkiem prawdziwy – ciągle się do niej zaleca), gdzie indziej gepardy i wszelkiej maści ptactwo.
Leśną siedzibę rzeźbiarka kupiła jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku. Szukała dworków, bo potrzebowała miejsca dla koni arabskich, które hodowała. Po dwóch latach niepowodzeń wreszcie trafiła tutaj, do niewielkiego domu zbudowanego z drewna przez przedwojennych cieśli. Urzekł ją i on, i wielkie drzewa wokoło. – Nie lubię czekać, a nim małe drzewa urosną, musi minąć sporo czasu – mówi artystka. Sam dom emanuje dobrą energią. – Jest dla mnie życzliwy, ja go kocham, a on mnie – opowiada. Podobnie z drzewami. Gdy kiedyś pracownicy elektrowni zasugerowali ich ścięcie, bo mogą się wywrócić, rzeźbiarka kategorycznie odmówiła. – Kochamy się nawzajem i do żadnych wypadków nie dojdzie – stwierdziła. Faktycznie, drzewa jak stały, tak do tej pory stoją i ani myślą rwać elektryczną trakcję.
W 1979 roku artystka wyemigrowała do USA. Tłumaczy, że atmosfera w kraju była fatalna i nie mogła już znieść „obroży na szyi”. Zamieszkała w Teksasie i wkrótce zorganizowała wystawę swoich rzeźb. Od zawsze jej inspiracją były przede wszystkim zwierzęta. To nie jest realizm, choć bez trudu można rozpoznać kształty stworzeń. Chodzi o energię i emocje, o to, by rzeźba działała na widza. Mała cząstka przyrody wprowadzona do coraz bardziej zmechanizowanego ludzkiego świata. Amerykanie nie wiedzieli, co o tym myśleć. – Pytali, czemu te figury są takie chropowate, czy przypadkiem nie robię jaj i nie pokazuję nieukończonych prac – śmieje się pani Anna. Jeden ze zwiedzających dociekał, dlaczego koń jest zielony (patyna!), skoro w naturze ma inny kolor. Artystka zaczęła więc pokazywać dwa rodzaje rzeźb – realistyczne i „swoje własne”. I znów pytania: czemu te „własne” są droższe od tych drugich? Prosta odpowiedź: bo takich zwykłych przez wieki wyrzeźbiono już setki albo i tysiące. A to jest sztuka.
O realistycznych pracach mówi żartem, że są wycykane. Gdy pytam, czy pracochłonne rzeźbienie pasuje osobie z natury niecierpliwej, pani Anna znów wybucha śmiechem. – Cykanie zajmuje mi dużo czasu, bo jak tylko próbuję robić coś grzecznego, to mi nie wychodzi – tłumaczy. Jej własne rzeźby to czysta przyjemność. – Jak sobie nie popracuję, to nawet jeśli załatwiłam mnóstwo spraw, dzień uznaję za stracony – mówi. Tu, w lesie, ma wszystko, czego potrzeba – spokój od gwaru wielkiego miasta, pracownię i warsztat, wreszcie wspaniałą przyrodę. W domu urządziła niewielką galerię, gdzie pokazuje rzeźby. Przede wszystkim swoje, ale są tu też prace córki oraz książki dla dzieci, które pisała jej mama.
To leśny dom ściągnął rzeźbiarkę z powrotem do Polski. – Śniłam o nim, zdawało mi się, że stoi taki opuszczony – wspomina artystka. Gdy przyjechała do kraju na początku lat 90., zdała sobie sprawę, jak bardzo za tym miejscem tęskniła. Postanowiła zostać. Mieszka więc teraz w lesie, blisko natury. Towarzyszy jej stado zwierząt. Na wybiegu pasą się dwa konie – Samson i Dudek. Po podwórku biega Tomiś – sznaucer olbrzym. Jest przyjazny, ale gdy razem wędrujemy po obejściu, pies idzie równo między mną a rzeźbiarką. – Tak, tak, zasłaniasz mnie i bronisz – poklepuje go po grzbiecie pani Anna. Jest jeszcze kundelek Asik, no i kogut. Dorodne i wiekowe ptaszysko. Dostała go w prezencie od zaprzyjaźnionego malarza, któremu służył za modela. Kogut nie trafił do garnka, lecz na podwórko. To jego królestwo, więc gdy na ławkach na werandzie rozsiadają się goście, ptak jak gdyby nigdy nic przepycha się między nimi i też siada przy stole.
– Kiedyś zimą uparł się, że będzie spał pod drzwiami – mówi rzeźbiarka. – Rano znalazłam go prawie zamarzniętego, zawinęłam w kołdrę, wlałam w dziób parę kropli koniaku i w końcu wrócił do siebie. Jedyny ślad po tej przygodzie to odmrożony, oklapnięty grzebień. Jaki jest największy plus posiadania koguta? – Gdy rano pieje, otwieram oczy i myślę sobie: jest czwarta, można jeszcze pospać! – śmieje się artystka.
Tekst: Stanisław Gieżyński
Stylizacja: Jolanta Musiałowicz
Zdjęcia: Aleksander Rutkowski